Metoda Karola Nawrockiego jest prosta. Dorwać Tuska z jego ustawami za wszelką cenę. Kiedy tylko się da. Znaleźć byle szczegół, byle drobiazg, by przedstawić publicznie jakiekolwiek, często ledwo trzymające się kupy, uzasadnienie dla weta. W tej formule pretekstem może być cokolwiek, bo każdy akt prawny niesie za sobą jakąś kontrowersję. Od tego zresztą jest prawo, by ingerować w sfery nieuregulowane czy źle uregulowane, by tworzyć akceptowany przez większość system prawny.
Czytaj więcej
We wtorek prezydent Karol Nawrocki poinformował o podpisaniu trzech ustaw oraz zawetowaniu tzw. ustawy łańcuchowej. Jednocześnie zapowiedział własn...
Przez większość! – podkreślam. Bo zawsze przecież znajdzie się mniejszość, która z regulacji będzie niezadowolona. By sięgnąć – dla przykładu – po argument ad absurdum; środowisko zawodowych złodziei nigdy nie będzie zadowolone z penalizacji kradzieży. Zaś okradana większość raczej nie będzie miała z tym większego problemu.
Na tej zasadzie pan prezydent zawsze otrzyma od niezadowolonych do ręki argument. A to, że prawo o kryptowalutach służy większym podmiotom, nie mniejszym, a to, że kojce przewidziane dla psów za duże. A to, że park narodowy w Dolnej Odrze będzie szkodził wędkarzom, itp. Zatem, jeśli chce się wetować, pretekst zawsze się znajdzie.
O co chodzi w wetach prezydenta Karola Nawrockiego?
I tu chwila twardej prawdy: nie o same regulacje chodzi, ale o legislacyjną zimną wojnę. Przy okazji – dziś jesteśmy w tej fazie wojny, którą można opisać jako pojedynek prezydenckiego weta z sejmową zamrażarką. Ofiarami – i to w sensie zbiorczym – z jednej strony są produkowane przez sejmową większość ustawy, z drugiej – projekty ustaw prezydenckich, które dzięki marszałkowi Sejmu skazane są na byt wyłącznie platoński.
Prezydent zbyt łatwo znalazł w podpowiedzi złych ludzi pretekst do uderzenia w Tuska. I nie znajdzie w tym poparcia zwłaszcza ludzi młodych, dla których męczarnie zwierząt na krótkim łańcuchu to zwykłe barbarzyństwo
I tu wracam do tzw. ustawy łańcuchowej. Zawetowane przepisy przewidują trzy rodzaje kojców. O powierzchni 10 metrów kwadratowych dla psów o masie ciała poniżej 20 kg. 15 metrów kwadratowych dla psów o masie od 20 do 30 kg i 20 metrów kwadratowych dla psów powyżej 30 kg. Mało to czy dużo? Prezydent wyznał Polakom w wystąpieniu internetowym: „Proponowane normy kojców dla psów były kompletnie nierealne. Kojce wielkości miejskich kawalerek to absurd, który uderzałby w rolników, hodowców i zwykłe wiejskie gospodarstwa”.
Ustawa łańcuchowa, czyli co Karol Nawrocki wie o psach?
A skąd on to wie? – spytam. Czy jest specjalistą od kojców? A może ma licencjat z psiej behawiorystyki?
Kojec o powierzchni 10 metrów kw. to kwadrat o bokach trzy metry z kawałkiem na trzy. Czy to dużo dla małego psa? 20 metrów kw. to prostokąt pięć metrów na cztery. Za dużo dla psa o wielkości małego cielęcia? I dlaczego niby takie powierzchnie miałyby być dla rolników mniej wygodne niż kojce o wymiarach np. 2,5 m na 2.5 m? Czyżbyśmy mieli gospodarstwa rolne jak w krainie klocków Lego?
Czytaj więcej
Najpierw zakaz trzymania psów na uwięzi, potem zamknięcie hodowli norek. W Sejmie ruszają prace nad projektami prozwierzęcymi, i – jak słyszymy – n...
Cóż, myślę, że argumenty do zawetowania tego humanitarnego prawa włożyli prezydentowi do głowy szczerzy tradycjonaliści, którzy w ogóle spuszczanie psów z łańcucha uznają za przejaw liberalnego lewactwa.
Sądzę, że wielu czytelników z tym się nie zgodzi. Prezydent zbyt łatwo znalazł w podpowiedziach złych ludzi pretekst do uderzenia w Tuska. I nie znajdzie w tym poparcia zwłaszcza ludzi młodych, dla których męczarnie zwierząt na krótkim łańcuchu to zwykłe barbarzyństwo. Mam nadzieję, że szybko wyjdzie to w sondażach. Nie sądzę też, że prezydent na miejsce zawetowanych przepisów przeforsuje swoją wersję ustawy. W ten sposób polskie psy staną się zakładnikami wojny małego pałacu z dużym. Albo – innymi słowy – zakładnikami małych, naprawdę małych ludzi.