Od 6 listopada od godz. 12 drogi do głównych terminali odpraw samochodów ciężarowych zostaną zablokowane. Chodzi o Korczową, Dorohusk i Hrebenne. Pierwotnie protest miał rozpocząć się 3 listopada, ale policja poprosiła o przełożenie terminu.
Władze gminy Radymno, na terenie której znajduje się przejście w Korczowej nie zakazały protestu na drodze dojazdowej nr 94. Administracja gminy informuje, że blokada może potrwać przez 2 miesiące od 3 listopada od 10 rano do 3 stycznia do 10 rano. Dokonana będzie przez ciągniki siodłowe, a protestujący będą przepuszczać co godzinę jedno auto. Spodziewanych jest 30-50 osób wraz z ciągnikami siodłowymi. Wszystkie służby we wtorek 31 października omówiły na spotkaniu przebieg protestu.
Czytaj więcej
We Francji nasila się proceder wypychania z rynku polskich przewoźników przy pomocy służb mundurowych. Sądy masowo cofają mandaty.
Protestujący mają 3 postulaty:
- wprowadzenie zezwoleń na przewozy komercyjne dla samochodów z Ukrainy,
- wyłącznie polskich aut z ukraińskiej kolejki elektronicznej e-Czerga i stworzenie dla polskich samochodów żywej kolejki,
- wprowadzenie zakazu rejestracji w Polsce firm z kapitałem spoza UE.
Zapowiada się duży protest. – Uczestnictwo obiecują nawet ci, którzy wcześniej pauzowali. Nastroje są bojowe – podkreśla przewoźnik z Lublina Rafał Mekler.
Rzecznik prasowy Izby Administracji Skarbowej w Lublinie Michał Deruś ostrzega, że po rozpoczęciu protestu na wyjeździe z Polski pojawią się duże kolejki tirów. – Dorohusk odprawia na 12-godznną zmianę na wyjeździe 340-350 ciężarówek i na wjeździe 240-300, więc kolejki będą rosły szybko – zapowiada rzecznik.
Przypomina, że terminale Zosin i Dołhobyczów nie są przystosowane do ciężkich aut o dmc powyżej 7,5 tony. – Nie mamy tam technicznych możliwości odprawy ciężkich pojazdów – tłumaczy Deruś.
Zaznacza, że za porządek na trasach dojazdowych przed przejściami odpowiada Policja ze Strażą Graniczną. Na wyjazd z Polski na Dorohusku samochody ciężarowe czekały 2 listopada o 7.51 rano 5 godzin, w Hrebenne 2 godziny i w Korczowej 5 godzin.
Ukraińcy grają nie fair
Polscy przedsiębiorcy wskazują, że zostali wypchnięci z przewozów między Polską i Ukrainą. – Do tej pory przez granicę przejechało w tym roku 880 tys. samochodów ciężarowych, do końca roku będzie milion. Przed wojną każda ze stron miała po 180 tys. zezwoleń i taka jest skala różnicy – wskazuje przedstawiciel protestujących przewoźników Tomasz Borkowski.
Czytaj więcej
Bydgoski producent po raz kolejny wygrał z Alstomem, tym razem na dostawę 62 pojazdów dla Kolei Rumuńskich.
Mekler podkreśla, że z miliona przewozów połowę powinni wykonać polscy przewoźnicy i tutaj płacić podatki. Tymczasem polskie samochody stoją na Ukrainie w elektronicznej kolejce, której system jest tak skonstruowany, że daje ułatwienia tamtejszym firmom. – Nasze stoją po 12 dni na wyjazd z Ukrainy. Żeby legalnie wprowadzić auto do elektronicznej kolejki muszę wjechać nim na Ukrainę. Polscy przewoźnicy jeżdżą do Lwowa, a najdalej do Kijowa. To zajmuje 2 dni, a 10 dni stoją. Natomiast ukraińska firma może zarezerwować miejsce z kilkudniowym wyprzedzeniem, zanim rozpocznie transport. Po rejestracji może zmieniać w systemie numery rejestracyjne aut, a nasze firmy nie mają takich możliwości. Jeżeli mimo to wypadnie im dzień czy dwa oczekiwania, zostawią auto na bazie, kierowca odpocznie, zrobi pauzę i ma wszystko w porządku. Tak pracować się nie da – stwierdza Borkowski.
W poprzednim tygodniu na 27 tys. ciężarówek stojących w kolejce na wyjazd do Polski, tylko 1700 było polskich. – Nie chcemy Ukraińcom zabierać pracy, wracam na pusto i jeszcze tracę czas – stwierdza Borkowski.
Polscy przewoźnicy nie mogą na tym kierunku zatrudniać Ukraińców. – Nie dostanę dla tego człowieka pozwolenia na wjazd i wyjazd z Ukrainy, podczas gdy firmy ukraińskie mają dostęp do programu Szlak i w którym rejestrują wyjazdy – wyjaśnia Borkowski.
Dodaje, że polscy kierowcy nie chcą pracować w takich warunkach, siedzieć bezczynnie w kabinie po 10 dni. – Po kolei odchodzą z mojej firmy, bo nie chcą jeździć na Ukrainę. Za chwilę zostanę bez kierowców i nie mogę dłużej czekać na Bóg wie co – tłumaczy Borkowski.
Zakaz rejestracji firm spoza Unii Europejskiej
Przewoźnicy uważają także, że przepisy regulujące zakładanie firm transportu drogowego powinny stawiać wyższe wymagania. – Trzeba to zmienić, bo obecne podejście jest zbyt liberalne. W Niemczech do założenia firmy trzeba spełnić poważne wymagania, a u nas do założenia spółki wystarczy 5 tys. zł kapitału, a gdzie potem przy takim kapitale odpowiadać za zobowiązania? Podobnie jest z gwarancjami ubezpieczeniowymi za 150 euro, które są fikcją – wymienia Borkowski.
Czytaj więcej
Polski producent naczep planuje podwoić przychody i produkcję dzięki wzrostowi organicznemu oraz przejęciom.
Wskazuje, że przybywa firm z kapitałem z Turcji, Białorusi, Rosji, Ukrainy. – One nie zatrudniają Polaków, tylko swoich kierowców i to nie na pełne umowy, tylko na jedną czwartą, jedną ósmą. Z taką konkurencja nie sposób walczyć. Powinny powstać przepisy ograniczające napływ obcego kapitału. Np. nowa nie powinna dostać przez 3 lata świadectwa kierowcy – uważa Borkowski.
Ostrzega, że skala napływu ukraińskich firm jest potężna. – Podejmują przewozy do krajów trzecich, na co nie zezwala umowa pomiędzy UE i Ukrainą. Ponieważ nikt tego nie kontroluje, ukraińscy przewoźnicy wykonują nawet kabotaże i przerzuty po UE, co obserwujemy, gdy nasze ciężarówki ładują się w różnych krajach unijnych. Za pół roku firmy z Ukrainy wyczyszczą rynek także polskim firmom z zachodniej części kraju, taka jest skala. Tamtejsi przewoźnicy kupują więcej nowych aut niż polskiej firmy – uważa Borkowski. – Jeżeli teraz nie zaprotestujemy, za dwa miesiące naszych firm nie będzie – kończy przewoźnik.