Przestrzeń powietrzna nad Iranem, Irakiem, Izraelem, Katarem, Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi, Kuwejtem oraz Bahrajnem pozostaje zamknięta lub objęta istotnymi ograniczeniami. 28 lutego i 1 marca ceny biletów z Tajlandii do Europy wystrzeliły do 40 tys. zł. W kolejnych dniach zmalały, 3 marca większość lotów z Dubaju do Europy odbyła się, choć z opóźnieniem. Nieliczne samolotu odprawiło lotnisko w Abu Dabi, zaś nadal zamknięte jest lotnisko w Doha.
Mniej samolotów
Linie lotnicze przekierowują rejsy lub zawieszają wybrane połączenia. – Prowadzi to do opóźnień w realizacji przesyłek, ograniczenia dostępnej przestrzeni ładunkowej oraz bardzo prawdopodobnego wzrostu stawek frachtu lotniczego w najbliższym czasie. Zakłócenia nie dotyczą wyłącznie bezpośrednich przewozów do regionu – wpływ odczuwalny jest także na kierunkach łączących Europę z Azją Południową, a także Australią i krajami Oceanii, dla których np. Dubaj czy Doha są kluczowymi hubami przeładunkowymi – opisuje Airfreight Product Director- CEE, Rohlig Suus Logistics Mariusz Filec.
Czytaj więcej
Kontenerowce znikają z Morza Czerwonego i Kanału Sueskiego. Dłuższa trasa to wyższe koszty i opóź...
Zaznacza, że część ładunków przekierowywana jest na alternatywne trasy, m.in. przez lotniska w Turcji. – Może to prowadzić do przeciążenia głównych hubów innych przewoźników, powstania tzw. backlogu oraz dalszych wyzwań operacyjnych – ostrzega Filec.
Szacuje się, że tylko trzej najwięksi przewoźnicy z regionu – Emirates, Qatar i Etihad – z flotą ponad 600 maszyn stanowią od kilkunastu do nawet 20% udziału w globalnym rynku przewozów lotniczych. – Trzeba przy tym pamiętać, że lista jest dłuższa i to nie jedyne linie, które mierzą się obecnie z ogromnymi wyzwaniami – zaznacza dyrektor Rohlig Suus.