Zgodnie z planem granica z Białorusią została ponownie otwarta w czwartek, 25 września. – Od tego czasu pociągi są odprawiane na bieżąco, a proces idzie sprawniej niż zwykle – ocenia prezes spółki Symlog Bartosz Miszkiewicz.
Oddział Celny w Terespolu odprawił od momentu otwarcia granicy polsko–białoruskiej (24/25 września) 90 pociągów towarowych na kierunku wjazdowym do Polski i tyle samo pociągów towarowych na kierunku wyjazdowych z Polski.
Czytaj więcej
Warte kilkaset milionów złotych zapowiedziane przejęcie Orlen Paczka przez Pocztę Polską to dobra wiadomość dla wszystkich graczy na rynku kurierskim.
Miszkiewicz zauważa na granicy dużą mobilizację po stronie służb. – Obsada jest taka sama jak wcześniej (bez zwiększeń), mimo to odprawy idą bardzo sprawnie. Wydaje się, że obecnie większy ruch jest na przejściach kolejowych niż drogowych. Ogólnie jest spokojnie, praca wre i nie obserwujemy zatorów – stwierdza prezes Symlog.
Przypuszcza, że rozładowanie zatorów zajmie ze dwa tygodnie, jeśli tempo odpraw zostanie utrzymane. – Nasze kontenery dotarły na polską stronę w weekend; dziś je odbieramy i za chwilę będą w naszym magazynie dekonsolidacyjnym w Ożarowie Mazowieckim, skąd rozpoczniemy wydawanie przesyłek – informuje Miszkiewicz.
Traktują nas gorzej niż psy
W przypadku ciężarówek, wracające do Polski kierowana są na rentgen, zatem odprawy przyjazdowe trwają dłużej niż wyjazdowe. Kierowcy stający w kolejce powrotnej do Polski alarmują, że służby odprawiają 2-3 samochody na godzinę. To pułapka dla ludzi, bo kierowcy nie wolno wywozić z Białorusi żywności, więc musza stać po 2 dni bez jedzenia i toalety. – Polskie służby traktują nas gorzej niż psy – żali się jeden z anonimowych kierowców.
Od momentu otwarcia granicy polsko–białoruskiej (24/25 września br.) funkcjonariusze Służby Celno-Skarbowej w lubelskiej KAS odprawili na Drogowym Przejściu Granicznym w Kukuryki-Kozłowicze (Oddział Celny w Koroszczynie):
- 1867 samochodów ciężarowych na kierunku wjazdowym do Polski,
- 2608 samochodów ciężarowych na kierunku wyjazdowym z Polski.
Na wjazd do Polski czekało rankiem 29 września po stronie białoruskiej 1211 ciężarówek – zaznacza przewodniczący Komitetu Obrony Przewoźników i Pracodawców Transportu z siedzibą w Siedlcach Rafał Mekler.
Czytaj więcej
Na konkurencyjnym i trudnym rynku poboru opłat drogowych pojawi się polska firma. Zapowiada się walka, na której mogą skorzystać przewoźnicy.
Przewoźnicy i nadawcy denerwują się opóźnianiem odpraw. – Pomimo sankcji dopuszczona jest ograniczona wymian handlowa z Rosją i krajami położonymi w Azji Środkowej. Dlatego niezrozumiałe jest nieprzyjazne traktowanie tych przewozów przez polskie służby celne i graniczne. Nie oczekujemy zielnego światła, ale nie akceptujemy tlącego się od dawna czerwonego światła wobec pracujących legalnie kierowców – zauważa prezes Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych Jan Buczek.
Administracja wroga przewoźnikom
Prezes ZMPD dodaje, że tempo rozładowania kolejki zależy od polskich służb granicznych. – Dziennie mogą wpuścić i 300, i 1300 pojazdów. Zależy od organizacji pracy i dobrej woli, bo niejednokrotnie służby graniczne udowodniły, że można takie kolejki rozładować szybko. Zobaczymy, jak się państwo wobec nas, przedsiębiorców, zachowa i czy się w to zaangażuje – tłumaczy Buczek.
Przypomina, że przedsiębiorcy liczą na odszkodowania za przymusowy postój. – Zapewne niektórzy przewoźnicy, których dotknęło zamknięcie granicy, zwrócą się z żądaniem zadośćuczynienia od rządu (MSWiA sygnalizowało, że będzie rozważać udzielanie pomocy – przyp. red.). Tylko że część spośród tych, którzy zostali zablokowani na obszarze Białorusi przez te kilkanaście dni, to przewoźnicy zarejestrowani w Polsce, ale z kapitałem białoruskim. Zapewne oni również będą domagali się odszkodowania – przypuszcza prezes ZMPD.
Uważa, że nawet blokada granicy nie zniechęci przewoźników od obsługi ryku wschodniego. – To są przewoźnicy, którzy przez wiele lat pracowali na tym kierunku i nie mają kontaktów handlowych w innych regionach. Na rynku transportowym nie jest dziś łatwo znaleźć miejsce w innym regionie. Dzisiaj dla wielu z nich jedyną alternatywą jest zamknięcie firmy, do czego zresztą często tego typu incydenty prowadzą – zaznacza Buczek.