Jeden ze sprzedawców ciężarówek z drugiej ręki, importujący ciągniki siodłowe z Czech wskazuje, że w ostatnich dniach utargował obniżkę ceny z 68 na 64 tys. euro, gdy do niedawana pośrednicy nawet nie chcieli negocjować cen. 

Powodem jest spowolnienie gospodarcze widoczne po spadkach cen frachtów oraz kierowcach szukających pracy. – Pojawił się rynek konsumenta, a nie producenta – uważa Marcin Kardas z firmy Eurotax. – Wydaje się, że koszty finansowania zabijają popyt, na co nakłada się wysoki kurs euro. Pogorszyły się warunki ekonomiczne zakupu, koszty finansowe poszły w górę, a przy spadku stawek reakcja klientów jest natychmiastowa. Spowolnienie czuć od kilku miesięcy, gdy na rynku pojawiły się nowe i nieodebrane ciężarówki, głównie ciągniki. Teraz widać uderzenie w rynek wtórny – tłumaczy Kardas. 

Czytaj więcej

Kierowcy już szukają pracy, zniknął rynek pracownika

Nawet niektórzy przewoźnicy chwalą się zakupem ciągników, które nabyli przejmując cudze, nieodebrane zamówienie. 

Ten sam mechanizm widoczny jest na rynku naczep. – W styczniu Schmitz radził szybko zapisywać się na naczepę chłodniczą, dając cień nadziei, że w grudniu ją odbiorę. W lipcu sprzedawcy marki sami zadzwonili, że dostępne są 3 naczepy plandekowe, a teraz można zamówić chłodnie od ręki – porównuje Piotr Prudzyński z firmy Direx. 

Przewoźnicy spodziewają się trudnego półrocza i znaczna ich część nie inwestuje w tabor. – Każdy, kto teraz kupuje samochody zakłada sobie pętlę na szyje – uważa Adam Jędrych z firmy Renex. 

Kardas uważa, że przewoźnicy nie powinni spodziewać się spadków cen nowych pojazdów. – W górę poszły ceny materiałów, pracy i energii – wymienia przedstawiciel Eurotax. 

PKO Research wskazuje na malejącą inflację i podaje, że w pierwszym odczycie grudniowego wskaźnika Sentix, inwestorzy mniej boją się kryzysu energetycznego i oczekują krótkiej, zimowej, recesji.