Kolejka tirów do polskiej granicy zaczyna się 15 km za Lwowem. Samochody stoją ponad tydzień. – Moi kierowcy mają dość tych skandalicznych warunków sanitarnych, tydzień bez mycia się i dostępu do sanitariatów. Tam nawet nie ma toi-toja. Kierowcy nie chcą jeździć na Ukrainę i biorą zwolnienia. Zaraz zostanę bez pracowników, a mamy długoterminowe kontrakty i jesteśmy zdruzgotani tą sytuacją. Pociągnę miesiąc i rozwiążę firmę. Kolega ma 10 zestawów, inny 30 i przyjdzie je wszystkie odstawić, bo nikt tego nie wytrzyma – opisuje przewoźnik z Zamościa Łukasz Siewień. 

Czytaj więcej

Najlepszy rok w historii branży TSL. Ranking Logistyki

Zapewnia, że wśród właścicieli firm transportowych narasta desperacja i zdenerwowanie, co widać po proteście na przejściu w Hrebennem. – Jeśli nic się nie zmieni jesteśmy wstępnie dogadani z kolegami i w przyszłym tygodniu poblokujemy tirami wszystkie przejścia na Podkarpaciu i Lubelszczyźnie, nic nie przejedzie, nawet paliwo – zaznacza. 

Porównuje, że w 5 dni wykona trasę do Holandii, a w przypadku transportu do Lwowa powrót w tydzień jest niemożliwy. Korki zaczęły tworzyć się, gdy władze Ukrainy zamknęły możliwość przejazdu pustych ciężarówek wracających do Polski. 

Teraz wszystkie samochody stoją w jednej kolejce. – Nasze auta jeżdżą z pomocą humanitarną. Wozimy chłodniami żywność do Lwowa. Stamtąd wracamy na pusto i musimy stać w tej samej kolejce co ciężarówki ładowne. To bez sensu – uważa inny przewoźnik z Zamościa Tadeusz Kornet. 

Ukraińcy szantażują polskie władze strajkiem kierowców i przewoźników, domagając się sprawniejszych odpraw na granicy. Polska kontrola fitosanitarna pracuje tylko od 8 do 16 przez 5 dni w tygodniu. – Jeździłem do Rosji, Serbii. Wszędzie na terminalach granicznych pracuje od 3-5 weterynarzy całą dobę na 3 zmiany, a tylko u nas jest jedna od 8 do 16. Jedna zmiana to patologia – stwierdza Siewień. 

Czytaj więcej

Polska wprowadza odstępstwa od czasu pracy kierowcy

Głos w tej sprawie zabrało także Zrzeszenie Międzynarodowych Przewoźników Drogowych. – Od lat zabiegamy o rozwiązanie problemu przejść granicznych. Polska administracja szczyci się rozwijającą się wymianą handlową, ale mimo apeli nic nie uczyniła, aby dopasować przepustowość przejść do rosnącego ruchu. Wszystkie koszty przerzucane są na przewoźników. Politycy powtarzali, że nie można niczego poprawić samemu, że zwiększenie przepustowości zależy od drugiej strony. Nie trafiają do nas te argumenty. Mamy dużo instrumentów, aby przymusić inne kraje od przestrzegania przepisów oraz sami przestrzegać umów. Dlaczego służby fitosanitarne przyjmują wnioski do południa i to tylko tyle, aby do 16 zakończyć pracę? Państwo dba tylko o urzędników, a nie o gospodarkę i kierowców – uważa prezes ZMPD Jan Buczek. 

Dodaje, że nikt nie dba o respektowanie polsko-ukraińskiego porozumienia. 22 maja prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski zapowiadał zawarcie dwustronnej umowy o wspólnej kontroli granicznej i celnej. 

W czerwcu Polska rozbudowała przejście drogowe w Korczowej o dodatkowe 5 pasów odpraw dla samochodów ciężarowych, ale wszystko na darmo. – Nie wiemy, dlaczego porozumienie nie działa. Punkty graniczne działają wadliwie. Nie dziwę się kierowcom, mają tego dosyć – przyznaje Buczek. 

Czytaj więcej

Transport morski zmniejszy ślad węglowy, ale za to zwiększy obszary głodu

Problem z granicą na wschodzie jest znany od lat. Przed wejściem Polski do UE udało się udrożnić przejście polsko-niemieckie. – Na tamtej granicy kadry były bardzo sprawne, żaden Niemiec mi nie mówił, że za godzinę kończy pracę i żebym przyszedł za 2 godziny. Oni przejmowali jeden od drugiego stanowisko pracy i kolejka się posuwała – porównuje Buczek.